wtorek, 31 marca 2015
Wracając do mojej pierwszej i ostatniej lalki z dzieciństwa, niestety nie mogłam się nią bawić jak każda dziewczynka, ale mogłam na nią patrzeć. Chociaż próbowałam się buntować i już pierwszego dnia uciekłam z lalką na podwórko i zerwałam jej siatkę z włosów żeby ją uczesać, na nic się to zdało. Została mi zabrana i umieszczona w centralnym miejscu wizytowego pokoju. Tak samo skończyła moja druga zabawka, grający na perkusji miś. To by było na tyle, jeśli chodzi o moje maskotki i zabawę nimi. Jakieś osiem lat temu pilnowałam siostrzenicę i siostrzeńca, byli wtedy jeszcze mali, w wieku pięciu i trzech lat. W domu miały mnóstwo płyt z bajkami i filmami dla dzieci. Rodzice włączali im je, aby nie zawracały nikomu głowy. Mnie też kazali tak robić, to przez dwie godziny będę miała spokój. Ja bym się zanudziła, a dzieci nie tego potrzebowały! Przynajmniej nie tylko. W domu były zabawki, ja przynosiłam puzzle i gry dla dzieci odpowiednie do ich wieku. Z klocków budowaliśmy zamki, tory wyścigowe, zoo. Prowadziliśmy wojny, ścigaliśmy się samochodzikami, polowaliśmy na zwierzęta. Dziewczynka lubiła teatrzyki, zabawę w dom. Misie, lalki i wszelkiego rodzaju maskotki świetnie się do tego nadawały. Gry planszowe dla dzieci były na uspokojenie emocji. I tak przez dwa lata. Teraz są już w gimnazjum i jestem z nich dumna. Uczą się wspaniale, mają marzenia i plany na przyszłość, wyobraźnię i logikę. W ich sukcesach widzę też trochę swojej zasługi. Warto poświęcić dzieciom trochę czasu. Zainwestować w gry i zabawy, wkrótce będziemy cieszyć się ich sukcesami, najpierw w przedszkolu, później w szkole i całym ich dorosłym życiu. Nasze dzieci będą bawić się ze swoimi dziećmi, a my poczujemy się młodziej grając w gry planszowe i układając puzzle z wnukami.
sobota, 28 marca 2015
Jak już kiedyś wspominałam, pierwszą lalkę dostałam mając sześć, może siedem lat. Historii o tym jak ją dostałam ni zapomnę do końca życia. Wracałam z tatą pociągiem do domu, odbierał mnie ze szpitala, pamiętam, że to był maj, wszystko się zieleniło, a słońce przyjemnie grzało. Byłam bardzo szczęśliwa, wracałam po operacji do domu, a w rączkach mocno trzymałam duże kolorowe pudełko z okienkiem . W pudełku grzecznie spała przypięta zabezpieczeniami lala. Była w połowie mojego wzrostu. Miała tęczową sukienkę, białe skarpetki i białe plastikowe buciki. Umiała stać, zamykać oczy i płakać przy naciśnięciu na środek pleców. Jej czarne długie włosy z siateczką na głowie, gęste rzęsy i różowy odcień sztucznej skóry robiły wrażenie, była piękna. Zachwycona, chciałam pochwalić się nią w domu. Jednak mogłam tylko rozpakować pudełko. Mama stwierdziła, że jest zbyt ładna żebym mogła się nią bawić i zabrała mi ją , zanosząc do pięknie umeblowanego pokoju na pokaz. Moja lalka miała być dodatkową atrakcją tego pokoju. Gdy urodziłam dziecko, zabawki kupowałam właściwie dla siebie. To mi miały się podobać. Czułam się jak bym znów była małą dziewczynką. Nie pytałam córki, czy obrazek na pudełku puzzli jej się podoba, to mnie miał zachwycać. Po prostu szłam z dzieckiem do sklepu i wybierałam zabawki dla siebie. W latach mojego dzieciństwa w sklepach można było już kupić gry, puzzle i rozmaite zabawki. Tera jest ich większy wybór i są nowocześniejsze. Myślę, że każde dziecko ma ich w nadmiarze. Nadmiar lub brak zabawek to przesada, a skrajności nikomu nie służą.
wtorek, 24 marca 2015
W szachy nauczyłam się grać dopiero w wieku dwudziestu lat, w bardzo dziwnych okolicznościach. Była to duża hala upadającego zakładu pracy. Nie było co robić, zamówień na pracę nie było, ktoś przyniósł szachy, warcaby i karty. Swoje osiem godzin trzeba było w zakładzie przesiedzieć, między sprzątaniem, a rozmowami o sytuacji w jakiej się znaleźliśmy, jedyną rozrywką była gra. Karty i warcaby miałam dobrze opanowane już w dzieciństwie w nie grałam, z szachami miałam do czynienia po raz pierwszy. Dość szybko pojęłam reguły logicznie myśleć też potrafiłam, choć sytuacja nie sprzyjała skupieniu. W rozgrywkach brały udział osoby już nieźle zaawansowane w karty, warcaby, szachy i wiele innych gier planszowych. Ja czasami rozgrywam partyjkę szachów z mężem, jeszcze nie udało mi się wygrać, ale się nie poddaję. Wiosek: każdy czas jest dobry na naukę. Nauczyłam się i ja, i bardzo polubiłam szachy próbując swoich sił z lepszymi od siebie. Z dnia na dzień robiłam coraz większe postępy, aż w końcu zaczęłam wygrywać. Wierzcie mi, wygrać w szachy z lepszymi, to czuć się mądrym. Zakład upadł i straciliśmy pracę, ale coś dobrego też z tego wynikło. Moje dzieci również uczą się gry w szachy.
poniedziałek, 23 marca 2015
Zbliżają się święta Wielkiej Nocy, a wraz z nimi wielkanocny zajączek. Ulubione po Mikołajkach święto, w którym zajączek przynosi prezenty. Jest to świetna okazja aby dziecko dostało od nas coś, co nie tylko sprawi mu radość, ale również pomoże w zdobyciu umiejętności. Zręczność, pomysłowość, logiczne myślenie, czy dodatkowa wiedza zdobyta w zabawie będą pomocne w szkole jak i w funkcjonowaniu wśród rówieśników. Na grę planszową czy puzzle, a dla najmłodszych zabawkę, nie trzeba dużo wydać. Choć święta dużo kosztują pomyślmy ile frajdy sprawimy pociechom i dołączmy do zabawy. Będą to z pewnością święta spędzone rodzinnie, pożytecznie i wesoło.
środa, 18 marca 2015
Wszelkie okazje, takie jak imieniny, urodziny, mikołajki czy gwiazdka to świetny pretekst, aby wręczyć komuś prezent w postaci puzzli lub gier planszowych, z których mogą korzystać zarówno dzieci jak i dorośli. O taki podarek można się również upomnieć, moje dzieci robiły to i bez okazji. Kiedy tylko gra znudziła się lub wyszła z mody, a o tym zazwyczaj wiedziała szkoła, czy jest jeszcze "na topie". Gdy puzzle układały już z zamkniętymi oczyma, też prosiły o następny prezent. Najchętniej raz w tygodniu, inaczej nie było życia w domu. Dzieci marudziły, że się nudzą, że wszystko jest stare i do niczego. Więc w domu przez lata zgromadziła się niezła sterta pudeł, pudełeczek, woreczków i wielu opakowań, z którymi nie bardzo było wiadomo co dalej robić, gdzie je upchnąć. Na szczęście mamy strych. Po dłuższym czasie znosiłam ze strychu dawno nie używane gry i nie układane puzzle. Wtedy okazywało się, że w grze brakuje pionków, żetonów, kostki czy kartoników, albo brakuje kilku puzzli. Wybuchały kłótnie, dzieciaki oskarżały się wzajemnie kto zgubił, kiedy, gdzie. Czasem razem z mężem wybieraliśmy jedną z gier planszowych i rywalizowaliśmy ze sobą, które z nas jest sprytniejsze, zręczniejsze, mądrzejsze. Tak jak wśród pociech, między nami także dochodziło do sprzeczek, że coś jest niesprawiedliwe, nieuczciwe, wbrew zasadom gry. Braliśmy grę bardzo poważnie, a dzieci godziły nas tłumacząc reguły. Potem wspólnie śmialiśmy się, jednak przegrany zawsze żądał rewanżu.
sobota, 14 marca 2015
Znałam kiedyś dwie małe dziewczynki. Mieszkały w czteropiętrowym bloku i były sąsiadkami. Ania miała sześć lat, chodziła do zerówki, a Zosia siedem i uczyła się w pierwszej klasie. Ta pierwsza była blondynką, druga brunetką. Obie wesołe, zawsze uśmiechnięte, pełne szalonych pomysłów, rzadko mogły dłużej usiedzieć na miejscu. Codziennie po szkole zjadały obiad i już do wieczora spędzały czas ze sobą, a gdy zbliżała się noc ciężko było im się rozstać. I tak przez rok, prawie codziennie. Co robiły, gdy były razem? Czasami grały w karty, w piotrusia albo w wojnę. Czasami była to jakaś gra planszowa, ale ponieważ najbardziej lubiły być w ruchu, ciągle zmieniały miejsce pobytu. Podwórko, mieszkanie, mamom ciężko było je upilnować. Nigdy jednak nie były same. Zawsze towarzyszyły im zabawki. Maskotki duże, małe, najrozmaitsze zwierzątka, misie, byczek, kaczka, stonoga, psy i wiele innych. Mówiły do nich, rozmawiały z nimi, robiły przedstawienia nie zwracając uwagi na o gdzie akurat się znajdują i kto im się przygląda. Widziałam teatrzyk z zabawkami, maskotkami w roli głównej na poczcie, sklepach, w centrum miasta i na chodnikach wśród gęsto przechodzących ludzi. Obserwując te scenki nie można było powstrzymać śmiechu, a dzień stawał się od razu weselszy. Szczególnie jedna scenka zapadła mi w pamięci. Dziewczynki miały pluszową maskotkę, była to bardzo duża czerwona głowa byka z czarnymi rogami. Ciągały ją na skórzanym pasku, przez podwórko, sklepy i po domach. Głośno przekomarzały się ze sobą i z głową byka, odgrywając korridę. Ania i Zosia dostarczały ludziom mnóstwo radości przez rok, bo później jedna z nich przeprowadziła się do innego miasta, a nam pozostały tylko wspomnienia po dwóch małych, wesołych, trochę szalonych dziewczynkach, nierozłącznych zawsze i wszędzie. Dajmy dzieciom trochę swobody, nie pouczajmy ich. Małe dzieci nie muszą się wszystkiego wstydzić. Wychodząc z pociechami z domu pozwólmy im zabrać ze sobą ich ukochane zabawki, a inicjatywa dzieci naprawdę nas mile zaskoczy.
czwartek, 12 marca 2015
Ze trzy lata temu zostałam zaproszona przez swoją siostrzenicę na pierwszą komunię. Wybierając się na uroczystość zastanawiałam się nad wyborem prezentu dla Ani, która miała swoje święto i musiał być to wyjątkowy, zostający na długo w pamięci podarunek. Przyszło mi również do głowy, że na taką uroczystość przyjdą nie tylko dorośli, będą tam także dzieci, które po obejrzeniu prezentów, bo solenizantka na pewno będzie chciała się nimi pochwalić, zaczną się nudzić. Dorośli zajęci rozmową między sobą i kosztowaniem podawanych coraz to nowych dań, zaniedbują dzieci, uważając że skoro są w grupie jakoś się zabawią. Owszem, zabawią jeśli będą miały czym i jeśli będzie to coś, czego jeszcze nie znają. Wymyśliłam więc, że ciekawą rozrywką zajmującą uwagę na dłużej byłaby odpowiednia gra dla dzieci. Tylko znów problem jaką wybrać, dzieci będą w różnym wieku. Wybierałam, przebierałam, aż znalazłam grę planszową dla dzieci, ale mogli w niej uczestniczyć i dorośli. Po rozłożeniu gra zajęła podłogę pokoju dziecięcego. Mogło w nią grać wiele osób, a raczej gimnastykować się i śmiać się do rozpuku. Gra gromadziła dzieci w jednym pokoju, zajmowała dłuższy czas, więc nie było obaw, że dzieci się rozproszą, coś nabroją z nudów i wszyscy będą musieli wcześniej rozejść się do domów. Dorośli siedzieli w salonie na dole, a z piętra dochodziły nas stukania, pukania i wybuchy radosnego, wesołego dziecięcego śmiechu. Uroczystość udała się wspaniale, tak dla dorosłych jak i dla małych uczestników imprezy. I to wszystko dzięki grze planszowej. Czasami niewiele trzeba, aby wszystko wypadło tak jak byśmy sobie tego życzyli.
środa, 11 marca 2015
Pierwsze puzzle córka dostała w bardzo wczesnym dzieciństwie, miała może trzy lata. Najpierw były to bardzo duże i grube kawałki, z których można było ułożyć bardzo prosty obrazek, oczywiście wspólnie z kimś dorosłym. Z biegiem czasu, gdy już załapała o co w tym chodzi, że gdy dołoży się kawałek do kawałka i tak do wykorzystania wszystkich, powstanie całość, zaczęliśmy zwiększać ilość puzzli. Na szczęście wybór w sklepach jest ogromny, poczynając na wersji dla bardzo małych dzieci, kończąc na dorosłych. Tak i my szłyśmy przez lata układając puzzle. Córka uwielbiała Kubusia Puchatka, więc tych mamy najwięcej. Składałyśmy też inne bajki, albo same zwierzęta. Wreszcie dotarłyśmy do krajobrazów, te były i są najtrudniejsze. Zielona trawa w różnych odcieniach, albo niebo, proszę spróbować. Coraz mniejsze kawałki, coraz więcej puzzli w pudełku i tak na drugi dzień, i kolejny, aż do skończenia całości. Często denerwowałam się gdy nic do siebie nie pasowało i obrazek powstawał bardzo powoli. Próbowałam mobilizować córkę aby skupiła się i lepiej wyszukiwała prawie niczym nie różniące się od siebie kawałki. Teraz też się z tego śmiejemy, choć puzzle wciąż układamy, tyle że już dużo szybciej. Efekt końcowy zawsze jest zachwycający.
wtorek, 10 marca 2015
Obecnie w szkołach i przedszkolach są świetlice. Gdy ja byłam mała pozostawała mi tylko zabawa na podwórku. Nie powiem, miało to i dobre strony, był kontakt z rówieśnikami. W grupie dzieciaków najlepiej grało się w gry podwórkowe, np. klasy, kapsle, skakało się na skakance czy grało w zbijanego. Teraz dzieci mniej czasu poświęcają takim zabawom. Mając do wyboru podwórko czy gry planszowe dla dzieci, wybierają to drugie. Najlepsza byłaby równowaga, ale dzisiejsze czasy sprzyjają siedzącemu trybowi życia. To dobrze, gdy dziecko ma rodzeństwo i ma z kim zasiąść do gry planszowej.Gorzej, gdy jest jedynakiem, wówczas próbuje wciągnąć w gry rodziców, a z tym bywa różnie. Pozostawione samemu sobie ucieka przeważnie w komputer. Z dnia na dzień komputer coraz bardziej zaciekawia naszą pociechę i można obejść się bez rodziców, a to już tylko krok do uzależnienia. Nam dorosłym na wszystko brakuje czasu, ja też się z tym zmagam. Jednak w ciągu dnia zawsze znajdujemy chwilę dla siebie, aby się zrelaksować, odstresować. Wypijemy kawę, przeczytamy parę stron ulubionej książki, czy zamienimy parę zdań z sąsiadką. Na pewno tak samo krótką chwilę jak dla siebie, wygospodarujemy i dla naszej pociechy. Wystarczy pół godziny, aby zagrać w grę planszową czy wspólnie ułożyć puzzle. My nie będziemy mieć wyrzutów sumienia że zaniedbujemy dziecko, a dziecko nie będzie mieć poczucia odrzucenia i samotności.
poniedziałek, 9 marca 2015
Już sobie zaczęłam wyobrażać jak wracam do domu, a tam wybiegają na spotkanie dwa małe szkraby. Mamusiu, mamusiu, co nam przyniosłaś? Zanim odpowiem, torba jest już od góry do samego dna przetrzepana, a małe rączki z każdej strony rozszarpują folię z pudełka puzzli, rozrzucając ją po całej kuchni. O, kupiłaś nam puzzle! Wtedy jestem najszczęśliwsza na świecie, widząc ile radości sprawiłam tak małym drobiazgiem swoim pociechom. Na resztę dnia będę miała trochę spokoju. No dobrze, a co z sobotnim spotkaniem z koleżankami? Chodząc po sklepie przyglądałam się półce, na której leżały pudełka z grami. Dość długo przeglądałam pudełka starając się uważnie czytać zasady gry. Już wydawało mi się, że znalazłam odpowiednią, gdy kolejne okazywały się jeszcze ciekawsze. Trzeba się wreszcie na coś zdecydować, przecież jeszcze nie raz tu zajrzę. Wybrałam grę planszową, towarzyską, polegającą na przedstawianiu zapisanych na kartach haseł i próbie odgadywania w dość krótkim czasie przez resztę towarzystwa. Wyszłam ze sklepu zadowolona z udanych zakupów. Mam nadzieję, że party z przyjaciółkami w najbliższą sobotę będzie udane i wprowadzi trochę urozmaicenia. Poza siedzeniem, piciem kawy, wymienianiem się spostrzeżeniami na temat dzieci, a także, wstyd się przyznać, obgadywaniem nieobecnych. Znajdzie się chwila na żarty z samych siebie i rywalizację między sobą. Zachęcam do spędzenia czasu na luzie w grupie znajomych, a kolejne dni na pewno będą bezstresowe.
piątek, 6 marca 2015
Będąc dziś w mieście wstąpiłam do sklepu z zabawkami. Często to robię, kiedy tylko mam okazję, ponieważ w dzieciństwie za zabawki służyły mi kamyki, patyki, liście, błoto na podwórku, a kotki zastępowały maskotki przytulanki. To co zobaczyłam w tym sklepie sprawiło mi ogromną radość. Czego tam nie było: zabawki, maskotki, gry dla dzieci, planszowe, towarzyskie. Nie wiedziałam, w którą stronę się udać, czego najpierw dotknąć, które pudełko wziąć do ręki, którą maskotkę przytulić. Co wybrać, co kupić? Aby wynagrodzić sobie lata dzieciństwa, najchętniej wzięłabym wszystko. Chodząc po sklepie zastanawiałam się co kupić i dla kogo. Wybrać coś dla siebie, dla dzieci, a może coś na party z koleżankami. Z chęcią kupiłabym coś dla każdego, gdyby nie ograniczony budżet. Dzieci uwielbiają maskotki, ja lubię gry logiczne, a na spotkanie z koleżankami najlepsza byłaby gra dla dorosłych, coś dla śmiechu i zabawy. Tym razem dzieci muszą zadowolić się pudełkiem puzzli. Do ułożenia mają sto dwadzieścia nie za dużych, nie za małych elementów, w sam raz. Po złożeniu tych nieregularnych i jakże barwnych prostokącików, na głównym planie pojawi się grubiutka postać Kubusia Puchatka w czerwonej koszulce z beczułką pełną miodu.
czwartek, 5 marca 2015
Kiedy byłam bardzo mała, razem z siostrą bawiłyśmy się zabawkami dla chłopców, były to żołnierzyki do malowania. Pierwszą zabawkę dla dziewczynek dostałam od taty gdy miałam pięć lat. Była to płacząca lalka z długimi, ciemnymi włosami. Leżała w dużym pudełku z foliową szybką. Nie miałam wielu okazji do układania puzzli, były to raczej drewniane kostki oklejone z każdej strony obrazkiem z innej bajki. Składałam je do znudzenia, znając już na pamięć każdą opowieść z obrazków. Po pewnym czasie rysunki pościerały się i układałam je z pamięci, Będąc w pierwszych klasach podstawówki grałam z braćmi w karty, w tysiąca lub pokera, nie przepadałam jednak za grą w kuku.W późniejszych latach w szkole z internatem, gdy zostałam złapana z talią kart, traciłam je na zawsze. W internacie można było znaleźć sporo gier planszowych. Na przykład, grając w wilka i owce, najlepiej było zostać wilkiem i łapać biedne owieczki pozostałych graczy. Gra w statki pozwalała rozwijać pamięć i spostrzegawczość. Niestety nazw wielu gier planszowych dla dzieci, z którymi zetknęłam się w szkole już nie pamiętam, ale w wiele z nich zagrałabym nawet dziś z ogromną przyjemnością.
Subskrybuj:
Posty (Atom)